Preria - część szósta
Chciałbym, by pora nocy już nadeszła i by się wszystko skończyło szczęśliwie. Szekspir
Nasi znajomi spojrzeli uważniej na Indianina, przekonali się, że to młody Pawni, którego spotkali poprzednio. Zdumienie Mało mowę zarówno białym jak i czerwonoskóremu. Przez 7 chwilę spoglądali na siebie z niemym zdziwieniem, a nawet i' jrzliwością. Ciszę przerwał dopiero okrzyk doktora Battiusa: - Rząd: naczelne; rodzaj: człowiek; gatunek: preryjny. - Ano wydał się sekret - powiedział stary traper, kiwając (Iową, jak gdyby gratulował sobie, że trafnie odgadł trudną i zataił tajemicę. - Chłopak schronił się w trawie, ogień zaskoczył K we śnie. Stracił konia i szukając ocalenia schował się pod ściągniętą skórę bawołu. Nie najgorszy to pomysł, gdy braknie Im i strzelby, by wypalić krąg trawy. Jestem pewien! że to I ny młodzieniec, i dobrze byłoby z nim podróżować. Czy brat mój zaprowadzi do swej wioski moje dzieci? Ji żeli Siuksowie podążą naszym szlakiem, moi ludzie pomog| memu bratu ich pobić. Nim młody wojownik Pawni odpowiedział na tak ważne py tanie, uznał za stosowne obrzucić bystrym spojrzeniem gromadką białych. Podobnie jak w czasie poprzedniego spotkania, Indianin nie mógł oderwać zachwyconych oczu od istoty urzekającej ni znaną mu pięknością - delikatnej i subtelnej Inez. Nigdy dotych czas nie zdarzyło się Pawni spotkać na prerii kobiety tak pełnej powabu i niezwykłego uroku, tak godnej tego, by młody wojów nik pragnął ujrzeć w niej nagrodę za swe męstwo i oddanie. Widać było wyraźnie na twarzy Indianina, że został oczarowany wi dokiem tej doskonałości niewieściej. Lecz kiedy dostrzegł, że jego spojrzenia wywołują niepokój i zmieszanie zachwycającej piękno ści, oderwał od niej wzrok. Położył dłoń na piersi na znak szczero ści intencji i odparł z prostotą: - Mój ojciec będzie mile przyjęty. Młodzi mężczyźni me^ plemienia pójdą z jego synami na polowanie, wodzowie wyps! fajkę z Siwą Głową, a dziewczęta Pawni napełnią śpiewem us jego córek. - A jeżeli spotkamy Tetonów? - dopytywał się traper, któn chciał dokładnie ustalić ważniejsze punkty sojuszu. - Wrogowie Wielkich Noży poczują ciosy Pawni. - A więc dobrze. Teraz niechaj mój brat naradzi się ze mną, abyśmy nie szli ścieżką, lecz by droga do jego wioski była tak prosta jak lot gołębi. Młody Pawni kiwnął głową na znak zgody. Narada nie trwałł długo, prowadzono ją w sposób zwięzły i rzeczowy, według zwy czaju Indian, obie strony zdobyły więc niezbędne wiadomości. Po wróciwszy do towarzyszy, traper tak streścił to, czego się dowir dział od czerwonoskórego: - Tak, tak, miałem rację - mówił. - Ten młody wojown^ o pięknej twarzy mówi, że posłano go, aby wytropił Tetonów, (¦ właśnie zgraję, z którą się spotkaliśmy. Jego oddział nie jest dosi liczny, by mógł uderzyć na tych diabłów. Tetoni bowiem wielki siłą wyruszyli ze swych osad na bawoły. Do wiosek Pawni pobiegli więc gońcy po posiłki. Młodzian widocznie nie zna, co to strach, gdyż sam jeden deptał po piętach wrogowi, aż wreszcie. ułobnie jak my, musiał szukać schronienia w trawie. Ale powie-¦mł mi coś, o czym usłyszały z prawdziwym smutkiem. Otóż . doszło do walki między Tetonami a osadnikiem. Przebiegły .,htori mieni się teraz jego przyjacielem i obydwie grupy, bia-, h i czerwonych, są na naSZym tropie. Rozstawieni dookoła tej unącej równiny czyhają na naszą zgubę. - Skąd wie, że tak jest? - Skąd wie! Więc sądziSZ; że tu> na prerii; potrzeba gazet icroldów, jak w zaludnionych prowincjach, aby zwiadowca wie-iał, co się dzieje dokoła. Żadna plotkara biegająca z obmową I domu do domu nie rozpuszcza plotek tak szybko, jak szybko ci .Izie podają sobie wiadomości za pomocą znaków i ostrzeżeń dla ¦bie tylko zrozumiałych. Zapewniam cię, kapitanie, że młody i wni mówi prawdę. - Gotów jestem przysiąc, ze tak jest - rzekł Paweł. - To .idza się z rozsądkiem, a więc musi być zgodne z prawdą. Pawni i wiedział, że rzeka płynie w tej stronie, w odległości mniej wię-l półtorej mili i zgodził się Ze mna; ze woda musi spłukać ślady . nas. Tak, powinniśmy oddzielić się od Siuksów rzeką, a wtedy, .ijac łasce boskiej i nie żałując własnych wysiłków, zdołamy iże dotrzeć do wioski Pawni. - Gadaniem nie posuniemy się nawet o krok - rzekł Mid-¦ •t.on. - Ruszamy w drogę. Pawni zarzucił na ramiona skórę bawołu i stanął na czele po-udu. Po godzinie uciekinierzy znaleźli się nad brzegiem jednej .wych stu rzek, które wpadając do potężnych arterii wodnych, •issisipi i Missouri, tocząc $0 oceanu wody tego rozległego, ,vciąż jeszcze nie zaludnionego terenu. Rzeka nie była głęboka, •/. nurt miała niespokojny i mętny. Ziemia aż po brzegi rzeki orzała od ognia, a ciepłe opary) wstające znad wody, mieszały • w chłodnym powietrzu ranka z dymem wciąż jeszcze szaleją-i;o pożaru i przykrywały jej powierzchnię falującym płaszczem .rej mgły. Traper z zadowoleniem zwrOcił na to uwagę towarzy-; i pomagając Inez zsiąść z konia, mówił: - Te łotry przechytrzyły sprawę. Wcale nie jestem pewny, v sam bym nie podpalił prerii, by ukryć naszą ucieczkę w dy-ich, gdyby te okrutne diabły nie oszczędziły nam pracy. Witałem w swoim czasie, jak robiono takie rzeczy, i to z powodze- 194 195 niem. Chodźcie, od drugiego brzegu dzieli nas niecałe ćwierć mi a gdy się tam dostaniemy, wszelki ślad po nas zaginie. - Czy ta rzeka jest tak głęboka, że nie można jej przej w bród? - zapytał Middleton, dochodząc podobnie jak Paweł i wniosku, że niepodobieństwem będzie